„Utrata pamięci nie zawsze jest jak kula u nogi; czasami - a może nawet całkiem często - jest deską ratunku.”
– Stephen King

środa, 8 sierpnia 2012

14


- Boję się – powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Dante skwitował to kpiącym uśmiechem, nie racząc jej nawet spojrzeniem. Wciąż siedział sztywno na krześle, wlepiając wzrok w oko kamery.
- To nic nowego – odpowiedział. „Mylisz się” chciała mu powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. Przecież zdarzały się takie chwile, gdy strach był dla niej obcy. Pamiętała je. Nie czuła wtedy lęku, nie drżała. Nawet tutaj, w szpitalu, od którego tak bardzo zionęło tajemniczością i chłodem, umiała zachować zimną krew, nie dać się objąć szponom strachu. To inni się jej bali. Pamiętała twarze Sławka, Darii i doktora. Ich oczy, które wpatrywały się w nią z niepokojem. Teraz jednak czuła strach, który opłótł się wokół jej szyi jak sznur dla skazańca. „Jeszcze trochę, a zaplączę się w nim i uduszę”. Może byłoby to znacznie lepsze od tego wszystkiego? Śmierć. To ona ją tutaj sprowadziła i najprawdopodobniej jest także jedynym wyjściem.
- Przepraszam bardzo. – W jej rozmyślania wdarł się głos demona. Spojrzała na niego wyczekująco. W końcu odwrócił się ku niej i uśmiechnął paskudnie. – To ja jestem śmiercią. I to ja zadecyduję, kiedy ciebie stąd zabrać, moja pani. – Mówiąc ostatnie słowa pochylił głowę i wykonał płynny gest ręką, który prawdopodobnie miał być ukłonem, a raczej jego parodią. Olga ponownie poczuła ukłucie smutku. „Drwij sobie dalej. Widzę, że ciebie to bawi. Nie zabiorę tobie tej rozrywki”.
- Jesteś taka żałosna – mówił Czwarty, wpatrując się w nią swoimi oczyma o zgniłozielonych tęczówkach. Dziewczyna już kompletnie zapomniała jak straszne są jego oczy. Patrząc w nie miała wrażenie, że schodzi w głąb jakiejś ciemnej jaskini, strasznie mrocznej, podejrzanie cichej i cuchnącej zgnilizną. Z trudem przełknęła ślinę, walcząc z mdłościami. – Myślisz, że to zabawa? – spytał, a w jego głosie wyczuć można było gniew. Olga wiedziała czym może się to skończyć.
- Nie. Jestem ostatnią osobą, którą to śmieszy.
Demon kiwnął głowy. Mógł swobodnie czytać w jej myślach, wiedział więc, że nie zamierza go denerwować. Chciała spokoju. W jej życiu ostatnimi czasy wydarzyło się zdecydowanie za dużo jak dla jednej, smarkatej i słabej dziewczynki.
W sali zapadła cisza. „Do końca życia słowo cisza oznaczać będzie dla mnie brzęczenie tej przeklętej aparatury”. Spojrzała w zakratowane okno. Za brudną szybą chwiały się cienkie gałęzie naznaczone gdzieniegdzie liśćmi. Miała wrażenie, że od bardzo dawna nie wychodziła na zewnątrz. Ile mogła już tutaj być, w tym dziwnym miejscu, które z pewnością było szpitalem? Tydzień? Dwa? Miesiąc? Straciła rachubę czasu. Dawali jej jakieś leki, od których zasypiała. Potem budziła się. Jak na razie tylko jeden, jedyny raz obudziła się w nocy, bez Dantego. Poza tym nie pamiętała w ogóle zjadanych posiłków, wszystkich tych czynności, którym towarzyszyli pielęgniarze, niczego. Jedynie pustka. Ciemna, ogromna pustka. „Wielu rzeczy nie pamiętasz” – powiedział jej doktor, ten brzydki starzec. „Chcą mnie stąd zabrać. Gdzie indziej. Może wyjdę w końcu na świeże powietrze? Może poczuję wiatr na twarzy?” Prawie, że sobie to wyobraziła. Nigdy by się nie spodziewała, że zatęskni za czymś tak przyziemnym i zwykłym. „A jednak”.
Dante kazał jej sobie przypomnieć. Tak. Zdecydowanie powinna już z tym wszystkim skończyć. Ile można trwać w tym obłędzie? Wystarczy otworzyć drzwi i wejść w mrok, do pokoju, na samym końcu jej umysłu. Nie pamiętała w jakiś sposób udało jej się tam dostać i, co najważniejsze, wyjść, ale za to doskonale wiedziała, jak ta wizyta się skończyła. Krzyczała, płakała, aż w końcu przypominała bardziej obłąkaną niż normalną. „Nie ma tutaj nic normalnego”.
Wpatrując się teraz w okno, czując na sobie ciężar kołdry, spróbowała znaleźć drogę. Usilnie wbijając się w długi sznur myśli wyrwanych z kontekstu, przepychając się między tłumami informacji, szukała po omacku, prawie na ślepo, korytarza, który zaprowadziłby ją do tamtego ciemnego pokoju, w którym czekał na nią trup. Poczuła dreszcze skradające się po jej plecach. Trup – to słowo powodowało w niej jakiś niepokojący strach. Dawno już wyrosła ze strachu przed potworami z szafy, a horrory były przecież tylko bajkami. Trup jednak był prawdziwy. Trup leżał w kostnicy, z literą Y na ciele, pamiątką po prosektorze. Trup znajdował się na drodze, w kałuży krwi. Trup kiedyś oddychał, kochał, nienawidził, krzyczał, śmiał się, płakał. Trup kiedyś żył. Trup był prawdziwy.
Jej trup był zagadką – tajemnicą niepokojącą, którą musiała odkryć. Dante jej kazał. Sama śmierć jej kazała. „Wiesz to” – szeptał głosik w jej umyśle. „Znasz rozwiązanie tej zagadki”. Ona jednak uparcie kręciła głową i bezradnie krzyczała: nie znam, nie mam pojęcia o co chodzi! Głos znał jednak prawdę, bo uśmiechał się pobłażliwie (jakim cudem coś bezpostaciowego może się uśmiechać?) i mówił: „Tak sobie wmawiasz”. To przerażało ją jeszcze bardziej.
Wielu rzeczy nie pamiętasz.
„Tak doktorku, masz rację. Masz cholerną, pieprzoną rację”. Pytanie brzmi, czy chciała pamiętać? Głosik krzyczał, a własciwie śpiewał rozpromieniony (lecz wciąż dziwnie demoniczny i okropny): „Tak, tak, uciekłaś w zapomnienie, by nie wiedzieć, by nie wiedzieć, by nie pamiętać, nie pamiętać, to co złe, to co złe! Tak! Tak, zapomniałaś! Specjalnie, specjalnie...”
- Przestań! – krzyknęła znacznie głośniej niż tego chciała. Poczuła się jak idiotka gadająca sama do siebie. Głos roześmiał się, lecz dźwięk ten był już odległy, zamazany, niknący. Oczyma wyobraźni widziała kpiący uśmieszek na ustach Czwartego, nie odwróciła się jednak w jego stronę. Nie chciała mu dać tej satysfakcji. Nie będzie pozwalała na jego dominację. Nie. Już nie.
Drżącą dłonią odgarnęła włosy ze spoconego czoła i ponownie skupiła się na swoim umyśle. „To chore. Nigdy nie znajdę drogi. Nie wiem co mam robić, jak ją odnaleźć? Nie jestem nikim wyjątkowym, by umieć szperać we wlasnym umyśle”.
Potwór, ta dziewczyna to potwór!
Brnęła dalej, starając się ignorować strach i beznadziejne poczucie winy, którego nie powinno być. Nie pamiętała, by zrobiła coś złego. Nie pamiętała. Może i coś zrobiła? Może było to naprawdę złe i okropne? Innego wytłumaczenia nie było. Coś w niej zna prawdę. Coś w niej skrywa ją przed nią. Coś w niej żałuje.
Nagle, nie wiedząc czemu, jej myśli zeszły na zupełnie inny tor, inną drogę, o której już prawie zapomniała, a przecież bywały dni, gdy czesto nią chodziła.
Zaczęła rozmyślać o „Romeo i Julii”. Po prostu, ot tak, w umyśle widziała fragmenty z szekspirowskiego dramatu, które zawsze drażniły ją swoją zawiłością, sztucznością i przesłodzeniem, od którego miało ochotę obejrzeć się dobry, brudny film o prawdziwym życiu, a nie, to pięknie wymalowane pachnącymi farbami w pastelowych kolorach. Widziała w wyobraźni Romea – tego rozpaćkanego romantyka, stojącego pod balkonem, na którym pojawia się Julia. Piękna, zjawiskowa, niewinna. Rysy twarzy – idealne. Oczy piękne, niczym dwa głębokie jeziora. Usta – a jakże! – zmysłowe i malinowe, stworzone do pocałunków. Nosek zgrabny. Policzki zarumienione. Skóra zdrowa. Broń Boże jakaś krostka, meszek nad górną wargą czy też widoczne naczynka! Jasne włosy falami opadają na ramiona i nie, wcale nie są rozczochrane, a jeżeli nawet, to „zmysłowo potargane przez wiatr”. Nasza Julia nie ma także jasnych włosków na rękach, nogach i wzgórku łonowym. Nie ma brudu pod paznokciami, krzywych łopatek, kościstych stóp, kanciastych kolan, szorstkich łokci i grubych palców. Skądże! To ideał piękna. Ideał – nie człowiek, lecz ideał, postać fikcyjna, nierealna. I to właśnie tą Julię – ten ideał, piękno wcielone, bezwłose, młode, niewinne, cudowne, dotyka zaszczyt miłości prawdziwej. Lecz głupiej. Pochopnej. I to ona – ten cud, bogini, kobieta marzenie, a właściwie jeszcze dziecko, umiera z miłości nieszczęśliwej.
„Oj, bidulka. Takie nieszczęśliwe to życie miała, no faktycznie. Skoro ta uroda jest ci niepotrzebna, bo raczej nekrofili w pobliżu nie ma, to oddaj mi ją. Chętnie przyjmę te twoje jasne loki, twarzyczkę śliczną i ciałko nieskalane żadnym włoskiem i pryszczem”.
„Czemu akurat ta przeklęta lektura? I czemu ta pierdolona Julia jest blondynką?”
Nie umiała znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Przez chwilę jeszcze siedziała na tej drodze, wyzywając Romea, jego bezmyślność i własne pragnienia, przez które było tyle nieszczęść. „A przecież nawet nie zauroczyła ciebie jej osobowość! Nosz kurwa, nie wypieraj się tego!”. Gdy tak rozmyślała, usłyszała coś, czego najmniej się spodziewała.
Dźwięk trwał może z kilka sekund. Był tak wyraźny, że była przekonana, że słyszy go w sali. Odwróciła się błyskawicznie, lustrując pomieszczenie wzrokiem. „Co robi szkolny dzwonek w szpitalu?" pomyślała zdezorientowana, oglądając puste ściany. Ten dźwięk miał w sobie coś przerażającego, upiornego, chociaż przecież słyszała go tak często, kilka razy dziennie. Teraz jednak wzbudził w niej niepokój. Kiedy ucichł, poczuła dziwną pustkę i ciszę. Jakie było jej zdziwienie, gdy po chwili rozległ się szum i szmer rozmów, szuranie butów i śmiechy, które to zawsze towarzyszyły rozchodzeniu się do klas. Przez krótką chwilę czuła się tak zagubiona, że z trudem łapała oddech. Czy w ogóle umiała jeszcze oddychać? Z przerażeniem wpatrywała się w ścianę, nie widząc nic, oprocz samej ściany. A mimo to słyszała głosy. Realne. Zbyt realne by były jej wyobraźnią. Nie spodziewała się, że ogarnie ją wzruszenie, które sprawi, że z trudem powstrzyma łzy. Zacisnęła palce na kołdrze, czując wzbierający w niej szloch. Szkoła. Wspomnienie tak odległe, tak zwykłe, przyziemne... Chyba za nim tęskniła. Tak. Tak bardzo tęskniła.
- Wszystko w porządku?
Głosy ucichły. Chciała jeszcze krzyknąć – „Poczekajcie! Nie odchodźcie, zostancie ze mną! Jeszcze przez chwilę, proszę”, ale powstrzymala się, a one odeszły. Zniknęły, jakby coś je ucięło. Spojrzała z wyrzutem na Dantego. Uważnie przyglądał się jej, przechylając głowę lekko w prawą stronę. „Nie, nic nie jest w porządku”. Coś znowu próbowało zwrócić jej uwagę na to, że to już kolejne pytanie demona. Czwarty nigdy nie pytał. On wiedział. A teraz... „Nie, starczy. Za dużo nagmatwanych myśli naraz”.
I nagle odkryła kolejny element układanki. Z przerażeniem wpatrywała się w oczy Dantego, jakby to w nich znalazła odpowiedź, która na swój sposób ucieszyła ją – bo przecież blisko już do rozwiązania zagadki – i jednocześnie zasmuciła – bo było to tak okropne i przerażające, że aż mdliło ją na samą myśl. Poczuła wzbierający w niej, obłąkańczy śmiech.
- Julia o blond włosach – powiedziała, z trudem opanowując nerwowy, paniczny chichot. Usta wykrzywiały się w parodii uśmiechu. Dante przyglądał jej się z niepokojem, ale także satysfakcją. On wiedział, że Olga jest na dobrej drodze. – Pierdolona, jasnowłosa Julia. I jej mokre od krwi pukle. Co też szkoła robi z ludźmi.
- Przypomniałaś sobie? – spytał, wypranym z emocji głosem.
- O tak – odpowiedziała z przesadną namiętnością. – Przypomniałam sobie. Wiesz, kochana śmierci, chyba muszę wrócić do szkoły, bo tam jest początek tej popieprzonej historii.
Roześmiała się, lecz w jej śmiechu nie było niczego wesołego. Demon Śmierci przyglądął się jej ze spokojem.
- Czas najwyższy – szepnął, obserwując jak z jej oczu ucieka obłęd, ustępując miejsca rozpaczy.