„Utrata pamięci nie zawsze jest jak kula u nogi; czasami - a może nawet całkiem często - jest deską ratunku.”
– Stephen King

sobota, 27 października 2012

15


                Czasami, kiedy za oknem robiło się już ciemno, a mama znowu szła na nockę, Olga odkrywała w sobie tą dziwną wrażliwość. Mogła oglądać byle jaki film lub słuchać byle jakiej muzyki, a do oczu i tak napływały łzy. Całe ciało drżało. Palce same szukały włosów, by móc się na nich zacisnąć. Przedziwny obrazek.
                Tak było w tej chwili, kiedy walcząc z setką różnych emocji, siedziała naprzeciwko Dantego, wpatrując się w jego blade oblicze. Czas nagle stał się jeszcze mniej ważny niż zazwyczaj. Jakby zawieszono ją w pustce, którą wypełniał tylko zapach krwi. Strach objął ją w talii, mocno zaciskając szpony i wtykając paznokcie pomiędzy żebra. Coś w jej gardle wiązało się w supeł, a dłonie nerwowo skubały prześcieradło. Paskudny uśmiech schodził z jej warg niczym robak. Uchylone usta drżały, ukazując żółtawe, nierówne zęby, które razem z setką innych defektów stanowiły ładny zbiór kompleksów.
                W jej myślach panował bałagan, istny chaos, który jednak szybko zniknął, jakby odwołany niemym zaklęciem.
                - Nie chcę tego – szepnęła słabym głosem, błądząc wzrokiem po twarzy demona. On milczał, jakby dając jej możliwość przypomnienia sobie tego wszystkiego. W końcu musiała to zrobić. To było głównym celem - tematem, który poruszali od jakiegoś czasu. Czymś ostatecznym. Końcem tego obłędu. Końcem niepewności. Nie musiał jej o tym przypominać, ona to doskonale wiedziała. Mimo to spróbowała użyć ostatniego koła ratunkowego – bezskutecznie. Tonęła coraz bardziej… a może w końcu wypływała na powierzchnię?
                - Zabiłam ją, prawda? – To pytanie zabrzmiało tak okropnie głośno w tej paskudnej ciszy. Wszystko nagle jakby rozpadło się, rozsypało w szary, gryzący popiół. Z oczu popłynęły łzy, a w serce wbiło się tysiące igieł. Przez nozdrza uleciały ostatki odwagi i pewności siebie, zostawiając w środku tylko ból, smutek i słabe niedowierzanie. To stało się za szybko, zdecydowanie za szybko! Prawda przygniotła ją, odcinając dopływ tlenu, miażdżąc klatkę piersiową i wbijając drzazgi w cienką skórę. Wszystko w niej krzyczało krwawymi oskarżeniami. Wylała się po jej ciele niczym żrący kwas, siejąc spustoszenie. Olga jednak milczała, z drżącym od szlochu ciałem przyglądając się demonowi. Dante tylko uśmiechnął się słabo – nie, wcale nie z pogardą ani satysfakcją – to był wręcz smutny uśmiech, przepełniony współczuciem. Tak, to już było wystarczające potwierdzenie.
                - Wiedziałaś to cały czas. – jego głos był spokojny, melancholijny – tak bardzo niepodobny do tamtego Dantego, który wygłaszał kąśliwe uwagi i na którego widok trzęsła się ze strachu. „Niemożliwe. Nie mogłam wiedzieć. Po prostu nie mogłam”.
                - Wyparłaś to wszystko z pamięci, Olgo. – Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, w których widniał obłęd. Prawda niszczyła ją coraz bardziej, a jej umysł nie nadążał za informacjami. – Wyrzuciłaś z pamięci niczym padlinę i zamknęłaś się na wszelkie próby przypomnienia tobie tego, co się stało. Sporo osób próbowało. Jednak tylko ty sama mogłaś tego dokonać. I udało się.
                Spróbował uśmiechnąć się szerzej, jakby chcąc dodać jej otuchy, powiedzieć, że już wszystko dobrze, skończone, dotarli do celu. „Nie, nic nie jest dobrze. Nic już nie będzie dobrze. Nigdy nie było. Zabiłam ją. Zabiłam z zazdrości. Po prostu. Pamiętam. Już pamiętam”. Łzy ciągle ciekły jej po policzkach. Coraz mocniej zaciskała palce na prześcieradle.
                - Chcieli mnie odciągnąć – mówiła beznamiętnym głosem, zanurzając się w ciemnej toni przeszłości. – Nie, nie na początku. Dopiero jak już usłyszeli krzyk. Ona strasznie krzyczała. To mnie drażniło. Myślałam, że będzie przyjemniejsze, ale nie. Okropnie irytował mnie jej głos. Zbiegli się i próbowali mnie odciągnąć. Krzyczeli na mnie, szarpali mną, ktoś pluł, ktoś inny płakał. A ja? A ja stałam tam, wśród nich, starając się dojrzeć między ich sylwetkami jej jasne włosy. I wiesz co? Udało mi się. Widziałam je. Były czerwone. Od krwi. Bo później, jak już… jak już wbiłam ten nóż kilkakrotnie, to uderzyłam jej głową o ścianę. Mocno. Nigdy nie miałam takiej siły…
                Spuściła głowę, patrząc w blady materiał kołdry. Wszystko wróciło, jakby przeszłość złączyła się z teraźniejszością. W ustach czuła gorzki smak. Może to było cierpienie, a może po prostu cała gorycz jaka w niej siedziała? Świadomość tego, co zrobiła, wykańczała ją. Czuła się obco, jakby to wszystko  nie miało miejsca, a ona oglądała tragedię, odegraną przez słabą aktorkę. Brzydką, zapłakaną, siedzącą w szpitalnym łóżku, z zabandażowanymi nadgarstkami, naprzeciwko demona, w zamkniętym pomieszczeniu. To nie mogło dotyczyć jej, a jednak doskonale wiedziała, że tak jest. To jej historia, jej przedstawienie, gdzie spod kurtyny rozlewają się szkarłatne strumyki krwi, a ona depcze po niej mimowolnie, brudząc bose stopy.
                - Nazywali mnie potworem. Pytali, dlaczego to zrobiłam. A ja milczałam, próbując tylko dostrzec, czy zrobiłam jej dużą krzywdę. Ona nie krzyczała. Już nie. Nie żyła, po prostu. Chyba się cieszyłam. Tak okropnie się cieszyłam. Nie obchodzili mnie oni wszyscy, ani to, ze ktoś odciągnął moje ręce do tyłu, bojąc się być może, że znowu kogoś skrzywdzę. Jacy oni byli wszyscy cholernie śmieszni! Tak bardzo mi się chciało śmiać, że w końcu nie mogłam się powstrzymać. Śmiałam się jak opętana, bo z pewnością mnie coś opętało. Zazdrość, nienawiść do samej siebie i do innych, kompleksy, nuda, rozgoryczenie, poczucie niesprawiedliwości, pogarda – to były moje demony. To ich słuchałam i to one nakłoniły mnie do tego, co zrobiłam. Śmiałam się cały czas, aż do momentu, kiedy nachyliłam się i zwymiotowałam. To wszystko było takie przyjemne i ohydne. Tak obrzydliwe i słodkie…
                Głos jej się załamał. Powoli się uspokajała, o ile było to w ogóle możliwe w jej przypadku. Nic nie jest tutaj normalne. Ani ja, ani on, ani cała ta sytuacja”.
                - Po co ty? – spytała, nie unosząc głowy.
                - Ktoś musiał sprawić, żebyś w końcu sobie przypomniała.
                - W jakim celu?
                - Olgo – westchnął. – Musiałaś sobie przypomnieć. Po prostu. Gdybyś tego nie zrobiła, umarłabyś. Twoja dusza by umarła. Stałabyś się kukłą, pustą w środku. A tak wciąż możesz być Olgą, człowiekiem…
                - Nie mogę być człowiekiem – przerwała mu, energicznie unosząc głowę i wpatrując się w niego z rozgoryczeniem. – Jestem mordercą, zwykłym potworem, śmieciem, niczym, kompletnie niczym! Cholerną wariatką, pozbawioną jakichkolwiek zahamowań. To, że sobie przypomniałam, jeszcze bardziej mnie upodliło. Wolałabym nigdy nie dowiedzieć się, że jestem potworem!
                Patrzył ze spokojem, jak na jej twarzy maluje się gniew, a oczy błyszczą od łez.
                - Sama chciałaś poznać prawdę. I poznałaś. To już koniec, Olgo. Nasze spotkanie dobiegło końca.
                Wstał z krzesła, na którym siedział. Zadarła wyżej głowę, chcąc spojrzeć w jego oczy.
                - Zostawisz mnie tak? – spytała ze smutkiem, który zamierzała ukryć. Demon stał się jej bliski – był jedyną osobą, która nie potępiała jej uczynku… Osobą? Raczej nieludzką istotą. Ohydną i paskudną. Bała się tego, że ponownie wróci do samotności. Nie wiedziała co ją czeka, kiedy Dante odejdzie. Pamiętała już wszystko. To było aż dziwne, że w jednej chwili cała tajemnica wyszła na jaw, ze wszystkimi szczegółami, kolorami i dźwiękami. Pamiętała nawet jak mama czesała jej skołtunione włosy, powtarzając przez płacz „dlaczego to zrobiłaś?”, a tęgi mężczyzna w służbowym stroju przyglądał jej się uważnie... Pamiętała podróż do ośrodka. Pamiętała kaftan. Pamiętała spojrzenia sanitariuszy. Pamiętała jak podcinała sobie żyły, klęcząc na posadzce w łazience, gdy ktoś dobijał się do drzwi i kazał jej natychmiast otworzyć. Pamiętała pielęgniarkę Sarę, której twarz rozorała paznokciami. Pamiętała twarz doktora, który pytał się jej, czy coś pamięta, a gdy ona kręciła przecząco głową, wzdychał i mówił „może jutro sobie przypomnisz”. Pamiętała mamę, jak siedziała na tym samym krześle, co Dante i usilnie próbowała nie patrzeć na swoją córkę, milcząc.  Pamiętała wszystko, jednak nie przynosiło jej to ulgi.
                - Musisz sobie radzić sama, moja droga. Teraz będzie już lepiej. – Dante posłał jej uśmiech, a jego oczy również się uśmiechały. Miała wrażenie, że jest w tym momencie bardziej ludzki. Mogłaby nawet uznać, że nie jest demonem. Mogłaby go nawet pokochać. Mogłaby, naprawdę.
                - Zabierz mnie ze sobą – szepnęła z nadzieją. On jednak pokręcił przecząco głową.
                - Nie, jeszcze nie twój czas, Olgo. Żyj, może jeszcze naprawisz to, co zepsułaś.
                Poczuła ucisk w gardle
                - To niemożliwe. Dla mnie już wszystko stracone. Jestem potworem. Wszystko się skończyło, nie ma nadziei.
                Demon podszedł do niej, a ona śledziła każdy jego ruch. Uklęknął przed nią, biorąc jej chłodne dłonie w swoje, również zimne. Mogła poczuć opuszkami palców chropowatość jego blizn. Wpatrywała się w jego zgniłozielone tęczówki oczu z zachłannością, napawając się jego pięknem po raz ostatni. Jej ideał. Jej wyśniony, jedyny. Jej potwór. Jej zmora. Jej sumienie ubrane w czarny frak, z maską Stigle’a.
                - Nie poddawaj się. Nie ma dla ciebie jeszcze miejsca w piekle, moja droga.
                - Nie dam rady – rozpłakała się, zachłystując się bezradnością. Dante tylko uśmiechnął się do niej, mocniej zaciskając palce wokół jej dłoni. Nie był już cuchnącym zgnilizną demonem o podłym usposobieniu. Już nie.
                - Olgo, zanim się z tobą pożegnam, chciałbym żebyś przypomniała sobie coś jeszcze, coś bardzo istotnego.
                Spojrzała na niego z trwogą. Czy mogło być coś jeszcze? Kolejny element, którego nie odkryła? Następna bolesna część układanki? Już myślała, że wszystko się skończyło, że to prawdziwy koniec.
                - Olgo, czy pamiętasz  nasze pierwsze spotkanie, gdy pojawiłem się nie wiadomo skąd? Czy pamiętasz jak się przebudziłaś, a mnie nie było? Czy pamiętasz spotkanie z doktorem? Czy pamiętasz to, jak się zmieniało się moje usposobienie pod wpływem twojego stopniowego odkrywania prawdy? Pamiętasz?
                - Pamiętam – szepnęła. Twarz demona rozpromieniła się.
                - Żegnaj, Olgo.
                Nie mówiąc już nic więcej, po prostu zniknął, zostawiając po sobie tylko słabnące wspomnienie. Olga otarła grzbietem dłoni łzy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że w pomieszczeniu jest okropnie zimno, a nadgarstki strasznie ją bolą. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że jest jej niedobrze i jest głodna. Czując odrętwienie, wygrzebała się spod kołdry i opuściła nogi ku ziemi. Palce zawisły lekko nad podłogą, jakby spotkanie z nią było czymś niebezpiecznym. „Czas najwyższy”. Opuściła stopy na posadzkę. Nieprzyjemny chłód rozszedł się po jej ciele.
Była tylko zagubioną dziewczyną, która wpadła w sam środek chaosu. Obłęd zatruł jej duszę, a wyobraźnia stworzyła azyl, schronienie. Nie, nie miała nadziei, że będzie lepiej. Nie miała w ogóle nadziei. Nie wiedziała, co ją czeka, jaka będzie jej przyszłość, ale musiała spróbować. Wszystkie wydarzenia nagle przełamały barierę. Schowała twarz  w dłoniach i rozpłakała się tak, jak nie płakała jeszcze nigdy, wyrzucając z siebie całe zło, upokorzenie, nienawiść i smutek.
A w myślach ciągle widziała jej pofarbowane krwią włosy.

Doktor Skawinski odstawił kawę na bok i spojrzał wyczekująco na kobietę,  na której policzkach widniały ślady łez. Ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w ekran.
- Do kogo ona mówiła? – spytała drżącym głosem. Postać na monitorze siedziała nieruchomo, a ciemne włosy przysłaniały jej twarz.
- Od kilku miesięcy to się powtarza. – Głos doktora był opanowany. W jego oczach widać było jednak nadmiar emocji, które się w nim kłębiły.
- Dlaczego nikt mi nic nie powiedział? - spytała z wyrzutem, nie odrywając wzroku od obrazu, jaki rejestrowała kamera umieszczona w pokoju.
- Obserwowaliśmy ją. Nie chcieliśmy pani niepokoić. Poza tym, dzięki temu, że zaczęła mieć pewnego rodzaju halucynacje, jej umysł poszukiwał rozwiązania, starał się odkryć prawdę i najwidoczniej jej się udało. Po tak długim czasie odpychania jej od siebie i uciekania od prawdy, przełamała się, przyjmując ją. To istotne dla jej dalszego badania.
- Czyli już wszystko dobrze? Już pamięta? – Uśmiechnęła się słabo. Długo na to wszyscy czekali. Odwróciła się od ekranu, patrząc z nadzieją na pomarszczoną twarz doktora. On jednak nie okazywał entuzjazmu.
- Obawiam się, że albo halucynacje wrócą, albo Olga zapomni po raz kolejny. Nie da rady udźwignąć prawdy. Niech pani tylko na nią spojrzy. To ją zniszczy.
Obydwoje spojrzeli na ekran. Dziewczyna wpatrywała się w kamerę. Już nie płakała. Siedziała na łóżku podpierając się dłońmi o jego brzegi. W pewnym momencie odwróciła głowę w stronę krzesła, które stało obok. Uśmiechnęła się. Jej usta poruszyły się.
- Co powiedziała, nie dosłyszałam? – spytała kobieta.
Doktor Skawinski westchnął.
- Powiedziała: „wróciłeś”.
W gabinecie zapadła pełna smutku cisza. 




------------
Dziękuję, to już koniec.

środa, 8 sierpnia 2012

14


- Boję się – powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Dante skwitował to kpiącym uśmiechem, nie racząc jej nawet spojrzeniem. Wciąż siedział sztywno na krześle, wlepiając wzrok w oko kamery.
- To nic nowego – odpowiedział. „Mylisz się” chciała mu powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. Przecież zdarzały się takie chwile, gdy strach był dla niej obcy. Pamiętała je. Nie czuła wtedy lęku, nie drżała. Nawet tutaj, w szpitalu, od którego tak bardzo zionęło tajemniczością i chłodem, umiała zachować zimną krew, nie dać się objąć szponom strachu. To inni się jej bali. Pamiętała twarze Sławka, Darii i doktora. Ich oczy, które wpatrywały się w nią z niepokojem. Teraz jednak czuła strach, który opłótł się wokół jej szyi jak sznur dla skazańca. „Jeszcze trochę, a zaplączę się w nim i uduszę”. Może byłoby to znacznie lepsze od tego wszystkiego? Śmierć. To ona ją tutaj sprowadziła i najprawdopodobniej jest także jedynym wyjściem.
- Przepraszam bardzo. – W jej rozmyślania wdarł się głos demona. Spojrzała na niego wyczekująco. W końcu odwrócił się ku niej i uśmiechnął paskudnie. – To ja jestem śmiercią. I to ja zadecyduję, kiedy ciebie stąd zabrać, moja pani. – Mówiąc ostatnie słowa pochylił głowę i wykonał płynny gest ręką, który prawdopodobnie miał być ukłonem, a raczej jego parodią. Olga ponownie poczuła ukłucie smutku. „Drwij sobie dalej. Widzę, że ciebie to bawi. Nie zabiorę tobie tej rozrywki”.
- Jesteś taka żałosna – mówił Czwarty, wpatrując się w nią swoimi oczyma o zgniłozielonych tęczówkach. Dziewczyna już kompletnie zapomniała jak straszne są jego oczy. Patrząc w nie miała wrażenie, że schodzi w głąb jakiejś ciemnej jaskini, strasznie mrocznej, podejrzanie cichej i cuchnącej zgnilizną. Z trudem przełknęła ślinę, walcząc z mdłościami. – Myślisz, że to zabawa? – spytał, a w jego głosie wyczuć można było gniew. Olga wiedziała czym może się to skończyć.
- Nie. Jestem ostatnią osobą, którą to śmieszy.
Demon kiwnął głowy. Mógł swobodnie czytać w jej myślach, wiedział więc, że nie zamierza go denerwować. Chciała spokoju. W jej życiu ostatnimi czasy wydarzyło się zdecydowanie za dużo jak dla jednej, smarkatej i słabej dziewczynki.
W sali zapadła cisza. „Do końca życia słowo cisza oznaczać będzie dla mnie brzęczenie tej przeklętej aparatury”. Spojrzała w zakratowane okno. Za brudną szybą chwiały się cienkie gałęzie naznaczone gdzieniegdzie liśćmi. Miała wrażenie, że od bardzo dawna nie wychodziła na zewnątrz. Ile mogła już tutaj być, w tym dziwnym miejscu, które z pewnością było szpitalem? Tydzień? Dwa? Miesiąc? Straciła rachubę czasu. Dawali jej jakieś leki, od których zasypiała. Potem budziła się. Jak na razie tylko jeden, jedyny raz obudziła się w nocy, bez Dantego. Poza tym nie pamiętała w ogóle zjadanych posiłków, wszystkich tych czynności, którym towarzyszyli pielęgniarze, niczego. Jedynie pustka. Ciemna, ogromna pustka. „Wielu rzeczy nie pamiętasz” – powiedział jej doktor, ten brzydki starzec. „Chcą mnie stąd zabrać. Gdzie indziej. Może wyjdę w końcu na świeże powietrze? Może poczuję wiatr na twarzy?” Prawie, że sobie to wyobraziła. Nigdy by się nie spodziewała, że zatęskni za czymś tak przyziemnym i zwykłym. „A jednak”.
Dante kazał jej sobie przypomnieć. Tak. Zdecydowanie powinna już z tym wszystkim skończyć. Ile można trwać w tym obłędzie? Wystarczy otworzyć drzwi i wejść w mrok, do pokoju, na samym końcu jej umysłu. Nie pamiętała w jakiś sposób udało jej się tam dostać i, co najważniejsze, wyjść, ale za to doskonale wiedziała, jak ta wizyta się skończyła. Krzyczała, płakała, aż w końcu przypominała bardziej obłąkaną niż normalną. „Nie ma tutaj nic normalnego”.
Wpatrując się teraz w okno, czując na sobie ciężar kołdry, spróbowała znaleźć drogę. Usilnie wbijając się w długi sznur myśli wyrwanych z kontekstu, przepychając się między tłumami informacji, szukała po omacku, prawie na ślepo, korytarza, który zaprowadziłby ją do tamtego ciemnego pokoju, w którym czekał na nią trup. Poczuła dreszcze skradające się po jej plecach. Trup – to słowo powodowało w niej jakiś niepokojący strach. Dawno już wyrosła ze strachu przed potworami z szafy, a horrory były przecież tylko bajkami. Trup jednak był prawdziwy. Trup leżał w kostnicy, z literą Y na ciele, pamiątką po prosektorze. Trup znajdował się na drodze, w kałuży krwi. Trup kiedyś oddychał, kochał, nienawidził, krzyczał, śmiał się, płakał. Trup kiedyś żył. Trup był prawdziwy.
Jej trup był zagadką – tajemnicą niepokojącą, którą musiała odkryć. Dante jej kazał. Sama śmierć jej kazała. „Wiesz to” – szeptał głosik w jej umyśle. „Znasz rozwiązanie tej zagadki”. Ona jednak uparcie kręciła głową i bezradnie krzyczała: nie znam, nie mam pojęcia o co chodzi! Głos znał jednak prawdę, bo uśmiechał się pobłażliwie (jakim cudem coś bezpostaciowego może się uśmiechać?) i mówił: „Tak sobie wmawiasz”. To przerażało ją jeszcze bardziej.
Wielu rzeczy nie pamiętasz.
„Tak doktorku, masz rację. Masz cholerną, pieprzoną rację”. Pytanie brzmi, czy chciała pamiętać? Głosik krzyczał, a własciwie śpiewał rozpromieniony (lecz wciąż dziwnie demoniczny i okropny): „Tak, tak, uciekłaś w zapomnienie, by nie wiedzieć, by nie wiedzieć, by nie pamiętać, nie pamiętać, to co złe, to co złe! Tak! Tak, zapomniałaś! Specjalnie, specjalnie...”
- Przestań! – krzyknęła znacznie głośniej niż tego chciała. Poczuła się jak idiotka gadająca sama do siebie. Głos roześmiał się, lecz dźwięk ten był już odległy, zamazany, niknący. Oczyma wyobraźni widziała kpiący uśmieszek na ustach Czwartego, nie odwróciła się jednak w jego stronę. Nie chciała mu dać tej satysfakcji. Nie będzie pozwalała na jego dominację. Nie. Już nie.
Drżącą dłonią odgarnęła włosy ze spoconego czoła i ponownie skupiła się na swoim umyśle. „To chore. Nigdy nie znajdę drogi. Nie wiem co mam robić, jak ją odnaleźć? Nie jestem nikim wyjątkowym, by umieć szperać we wlasnym umyśle”.
Potwór, ta dziewczyna to potwór!
Brnęła dalej, starając się ignorować strach i beznadziejne poczucie winy, którego nie powinno być. Nie pamiętała, by zrobiła coś złego. Nie pamiętała. Może i coś zrobiła? Może było to naprawdę złe i okropne? Innego wytłumaczenia nie było. Coś w niej zna prawdę. Coś w niej skrywa ją przed nią. Coś w niej żałuje.
Nagle, nie wiedząc czemu, jej myśli zeszły na zupełnie inny tor, inną drogę, o której już prawie zapomniała, a przecież bywały dni, gdy czesto nią chodziła.
Zaczęła rozmyślać o „Romeo i Julii”. Po prostu, ot tak, w umyśle widziała fragmenty z szekspirowskiego dramatu, które zawsze drażniły ją swoją zawiłością, sztucznością i przesłodzeniem, od którego miało ochotę obejrzeć się dobry, brudny film o prawdziwym życiu, a nie, to pięknie wymalowane pachnącymi farbami w pastelowych kolorach. Widziała w wyobraźni Romea – tego rozpaćkanego romantyka, stojącego pod balkonem, na którym pojawia się Julia. Piękna, zjawiskowa, niewinna. Rysy twarzy – idealne. Oczy piękne, niczym dwa głębokie jeziora. Usta – a jakże! – zmysłowe i malinowe, stworzone do pocałunków. Nosek zgrabny. Policzki zarumienione. Skóra zdrowa. Broń Boże jakaś krostka, meszek nad górną wargą czy też widoczne naczynka! Jasne włosy falami opadają na ramiona i nie, wcale nie są rozczochrane, a jeżeli nawet, to „zmysłowo potargane przez wiatr”. Nasza Julia nie ma także jasnych włosków na rękach, nogach i wzgórku łonowym. Nie ma brudu pod paznokciami, krzywych łopatek, kościstych stóp, kanciastych kolan, szorstkich łokci i grubych palców. Skądże! To ideał piękna. Ideał – nie człowiek, lecz ideał, postać fikcyjna, nierealna. I to właśnie tą Julię – ten ideał, piękno wcielone, bezwłose, młode, niewinne, cudowne, dotyka zaszczyt miłości prawdziwej. Lecz głupiej. Pochopnej. I to ona – ten cud, bogini, kobieta marzenie, a właściwie jeszcze dziecko, umiera z miłości nieszczęśliwej.
„Oj, bidulka. Takie nieszczęśliwe to życie miała, no faktycznie. Skoro ta uroda jest ci niepotrzebna, bo raczej nekrofili w pobliżu nie ma, to oddaj mi ją. Chętnie przyjmę te twoje jasne loki, twarzyczkę śliczną i ciałko nieskalane żadnym włoskiem i pryszczem”.
„Czemu akurat ta przeklęta lektura? I czemu ta pierdolona Julia jest blondynką?”
Nie umiała znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Przez chwilę jeszcze siedziała na tej drodze, wyzywając Romea, jego bezmyślność i własne pragnienia, przez które było tyle nieszczęść. „A przecież nawet nie zauroczyła ciebie jej osobowość! Nosz kurwa, nie wypieraj się tego!”. Gdy tak rozmyślała, usłyszała coś, czego najmniej się spodziewała.
Dźwięk trwał może z kilka sekund. Był tak wyraźny, że była przekonana, że słyszy go w sali. Odwróciła się błyskawicznie, lustrując pomieszczenie wzrokiem. „Co robi szkolny dzwonek w szpitalu?" pomyślała zdezorientowana, oglądając puste ściany. Ten dźwięk miał w sobie coś przerażającego, upiornego, chociaż przecież słyszała go tak często, kilka razy dziennie. Teraz jednak wzbudził w niej niepokój. Kiedy ucichł, poczuła dziwną pustkę i ciszę. Jakie było jej zdziwienie, gdy po chwili rozległ się szum i szmer rozmów, szuranie butów i śmiechy, które to zawsze towarzyszyły rozchodzeniu się do klas. Przez krótką chwilę czuła się tak zagubiona, że z trudem łapała oddech. Czy w ogóle umiała jeszcze oddychać? Z przerażeniem wpatrywała się w ścianę, nie widząc nic, oprocz samej ściany. A mimo to słyszała głosy. Realne. Zbyt realne by były jej wyobraźnią. Nie spodziewała się, że ogarnie ją wzruszenie, które sprawi, że z trudem powstrzyma łzy. Zacisnęła palce na kołdrze, czując wzbierający w niej szloch. Szkoła. Wspomnienie tak odległe, tak zwykłe, przyziemne... Chyba za nim tęskniła. Tak. Tak bardzo tęskniła.
- Wszystko w porządku?
Głosy ucichły. Chciała jeszcze krzyknąć – „Poczekajcie! Nie odchodźcie, zostancie ze mną! Jeszcze przez chwilę, proszę”, ale powstrzymala się, a one odeszły. Zniknęły, jakby coś je ucięło. Spojrzała z wyrzutem na Dantego. Uważnie przyglądał się jej, przechylając głowę lekko w prawą stronę. „Nie, nic nie jest w porządku”. Coś znowu próbowało zwrócić jej uwagę na to, że to już kolejne pytanie demona. Czwarty nigdy nie pytał. On wiedział. A teraz... „Nie, starczy. Za dużo nagmatwanych myśli naraz”.
I nagle odkryła kolejny element układanki. Z przerażeniem wpatrywała się w oczy Dantego, jakby to w nich znalazła odpowiedź, która na swój sposób ucieszyła ją – bo przecież blisko już do rozwiązania zagadki – i jednocześnie zasmuciła – bo było to tak okropne i przerażające, że aż mdliło ją na samą myśl. Poczuła wzbierający w niej, obłąkańczy śmiech.
- Julia o blond włosach – powiedziała, z trudem opanowując nerwowy, paniczny chichot. Usta wykrzywiały się w parodii uśmiechu. Dante przyglądał jej się z niepokojem, ale także satysfakcją. On wiedział, że Olga jest na dobrej drodze. – Pierdolona, jasnowłosa Julia. I jej mokre od krwi pukle. Co też szkoła robi z ludźmi.
- Przypomniałaś sobie? – spytał, wypranym z emocji głosem.
- O tak – odpowiedziała z przesadną namiętnością. – Przypomniałam sobie. Wiesz, kochana śmierci, chyba muszę wrócić do szkoły, bo tam jest początek tej popieprzonej historii.
Roześmiała się, lecz w jej śmiechu nie było niczego wesołego. Demon Śmierci przyglądął się jej ze spokojem.
- Czas najwyższy – szepnął, obserwując jak z jej oczu ucieka obłęd, ustępując miejsca rozpaczy.

13

Otworzyła powoli oczy, widząc nad sobą popękany, biały sufit. „Ciągle tutaj” pomyślała, próbując otrząsnąć się z pozostałości snu. W głowie czuła miarowe pulsowanie, a nadgarstki straszliwie ją piekły, chociaż ból był o wiele łagodniejszy niż ten, gdy obudziła się po raz pierwszy w tej szpitalnej sali. „Kiedy to było? Dawno, naprawdę dawno temu”.
- Tak się tobie tylko wydaje. – Doskonale znała ten głos. Dante siedział na krześle ustawionym po jej prawej stronie łóżka. Patrzył na nią z lekkim uśmiechem na ustach, przekrzywiając głowę w lewą stronę. Oparła się dłońmi o materac i podciągnęła do góry, do pozycji siedzącej. Poczuła mrowienie w palcach.
- Jak się spało? – spytał, opierając poparzone dłonie o kolana. Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, ponownie zabrał głos. – Śpicie zdecydowanie za dużo. Zdecydowanie.
„Tak, a ty z pewnością spałeś mniej w całym swym demonicznym życiu, prawda?” Nie miała jednak wystarczająco dużo odwagi, by zadać mu to pytanie na głos. Nadal była tylko cichą, nudną Olgą, a on był jej jedynym towarzyszem, do którego mimo wszystko czuła strach i respekt. Rozejrzała się niepewnie po swojej sali, jakby szukając śladów świadczących o obecności doktora i pielęgniarek. Wspomnienia były jednak nieco zamglone, niewyraźne, jakby to wszystko w ogóle się nie wydarzyło. Przeczesała palcami włosy, czując pod opuszkami chłodną skórę.
- Przypomniałaś sobie? – Wspomnienia przebiły się przez barierę i ponownie zalały jej umysł ciemną, cuchnącą falą. „Włosy. Zlepione krwią włosy.” Spojrzała na Dantego z niemą prośbą. To wszystko było dla niej za trudne. Nie chciała wiedzieć. Po prostu – nie chciała poznać prawdy, nie chciała sobie przypomnieć. Nie chciała. Chociaż nie tak dawno przecież była gotowa ją usłyszeć. Teraz jednak jej zdanie kompletnie się odmieniło. Wolała trwać w tym stanie niewiedzy i niepewności. Żyć w kłamstwie. Zdawała sobie sprawę, że to, czego nie pamięta wcale nie jest przyjemne. Demon westchnął, patrząc na nią z dezaprobatą.
- Musisz sobie przypomnieć – powiedział stanowczo. – Albo sobie przypomnisz, albo przegrasz, moja głupia, naiwna istoto. Chcesz przegrać?
Przechylił jeszcze bardziej głowę, pozwalając swoim potarganym, ciemnym kosmykom opaść na twarz. Jego oczy wpatrywały się w nią z intensywnością, a ona nie mogła oderwać od nich wzroku.
- Nie rozumiem, co oznacza „przegrać” – szepnęła zachrypniętym głosem. Czwarty zirytował się, parskając. Widocznie jej postawa go drażniła. Niedawno był przecież wobec niej bardziej sympatyczny, może nawet i wyrozumiały. Demon miał bardziej zmienny nastrój niż niejedna nastolatka.
- Jesteś głupsza niż mi się zdawało – powiedział, gładząc dłońmi materiał swoich ciemnych spodni. – Przegrać. Po prostu. Tu nie ma nic do rozumienia. Przegrać, czyli odwrotność „wygrać”. Znasz te pojęcia, moja droga? Znasz je?
Znowu się z nią droczył. Po raz kolejny wychodziła na idiotkę. Zacisnęła usta mocniej, by pohamować swoją złość. „Doktor mówił, że nie panuję nad emocjami. Może i miał rację. Może się zmieniłam. Może.”
- Oczywiście, że znam – odburknęła.
- Cieszy mnie to ogromnie. To teraz odpowiedz na moje pytanie. Chcesz przegrać?
Zastanowiła się przez chwilę. Cokolwiek kryło się pod pojęciem „przegrać” było oznaką słabości. „A słabych czeka śmierć” – pomyślała, nie wiedząc skąd zna to sformułowanie. Nie chciała przegrywać. Wygrywała liczne konkursy, z których praktycznie nic nie miała, oprócz kolejnego słownika i zażenowania z powodu spojrzeń znajomych. Dosyć często jednak dane jej było smakować porażki – na codzień, w życiu, wsród znajomych. To oni zawsze byli górą, lepsi, a ona przegrywała. Nie lubiła tego stanu. Zawsze dążyła do bycia idealną, chociaż doskonale wiedziała, że to niemożliwe. Ale Olga uwielbiała siebie okłamywać, więc było jej to na rękę. I tak za każdym razem odczuwała rozczarowanie, bo nie mogła dosięgnąć doskonałości. Nie, zdecydowanie nie chciała przegrać i tym razem.
- Nie chcę – szepnęła. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to oznacza tylko jedno. Jeżeli nie chce przegrać, musi sobie przypomnieć. „Nie ma innego wyjścia? Drzwi schowanych za szafą? Tunelu?” myślała czując tamten strach, gdy zagłębiała się w ciemności wspomnień, krzycząc razem z marą z jej umysłu. Po jej plecach przeszedł dreszcz, a ramiona pokryły się gęsią skórką. Bała się tego, co może odkryć. Żadne z tych dwóch możliwości nie były dla niej przyjemną perspektywą. Gdyby chociaż wiedziała, jaka kara spotka ją za przegranie, może nie miałaby problemu z wyborem. „Nie, starczy przegrywania.” Cała ta sytuacja była dołująca. Demon dający jej wybór, w którym każda z decyzji jest zła. To nie mogło się dobrze skończyć. Mimo okropnego uczucia strachu, które gryzło ją od środka, znalazła w sobie jakieś resztki odwagi, by wyjść na przeciw prawdzie. „Przynajmniej tak mi się wydaje”.
- To świetnie. – Rozległ się głos Dantego. – Teraz wystarczy, że sobie przypomnisz i po problemie.
Jemu wydawało się to takie proste. W rzeczywistości jednak wszystko było nazbyt skomplikowane jak dla kilkunastoletniej dziewczyny, w dodatku słabej i chorej. Przez to go tak nienawidziła – że ciągle przypominał jej o słabości, jaka w niej siedzi. Wiedziała, że nią gardzi. Dawał jej to odczuć dosyć często. A ona czuła się przez to jeszcze bardziej mała, nijaka i beznadziejna.
- Pomóż mi – poprosiła go, czując złość na samą siebie, że te słowa wyszły z jej ust. „Nie powinnam go błagać. Stanę się jeszcze bardziej bezwartościowa”. Demon przyglądał jej się z powagą, po czym wykrzywił usta i roześmiał się, przymykając lekko oczy. „Znowu” pomyślała z goryczą, spuszczając wzrok. Dante śmiał się ochrypłym, nieprzyjemnym śmiechem, który nie tak dawno wychodził także i z jej gardła. Kiedy już się opanował, wciąż z cieniem rozbawienia na twarzy, nachylił się w jej stronę.
- Jedynie ty sama możesz sobie pomóc. Tylko ty.
Ponownie ogarnął ją gniew. „Skoro chcesz żebym sobie przypomniała to mi kurwa pomóż! Tak to nigdy nie ruszę z miejsca i zgniję w tym szpitalu!”. On jednak milczał, jakby udając, że nie słyszy jej myśli. Już prawie przyzwyczaiła się do jego ohydnego odoru zgnilizny, jaki przebijał się przez mdławy zapach perfum.
- Nie dam rady – szepnęła, unosząc oczy na demona. Jego twarz nie wyrażała emocji, równie dobrze mogłaby być tylko zwykłą maską.
- Och, musisz sobie dać radę. Nie masz innego wyjścia, moja pani.
Te słowa jej nie pomogły. Spojrzała mimochodem na oko kamery, które natarczywie wpatrywało się w nią. „Czy jesteście tam, po drugiej stronie? Czy widzicie, jak rozmawiam z mężczyzną w ciemnym fraku jakby wyciągniętym z powieści di Fulvio? Pijecie kawę, siorbiąc i opowiadając sobie dowcipy, kiedy ja zamartwiam się nędznymi resztkami życia? Patrzycie jak cierpię starając się jednocześnie poznać prawdę i oddalić ją od siebie? Macie przy tym niezły ubaw? Tak? Mamo, czy jesteś wraz z nimi, siorbiąc herbatę i krztusząc się ze śmiechu, bo wszyscy wiecie, tylko ja nie wiem? To naprawdę takie śmieszne? Tak cholernie śmieszne? Zabójczo śmieszne?”
- Kiedy wejrzysz w otchłań, otchłań wejrzy również w głąb ciebie. – Usłyszała głos Dantego. Mrugnęła i spojrzała się na niego z pytającym wyrazem twarzy. On również wpatrywał się w ciemny obiektyw kamery, dopiero po chwili odwrócił się w jej stronę.
- Cytat – powiedział. – Cytat, który znalazłem w twoim umyśle. Z książki.
Kiwnęła głową. Ponownie zawiesiła spojrzenie na kamerze. „Tak. Ja wpatruję się w nią, a ona we mnie. To nie jest przyjemne uczucie. Nie, zdecydowanie nie.”
- Żeby sobie przypomnieć... – zaczęła słabym głosem, nie odwracając się w stronę Czwartego. – ...muszę ponownie wejść do pokoju, prawda?
Nie musiała mu tłumaczyć, o jaki pokój jej chodzi. On doksonale wiedział. To było chyba jego największą zaletą, tego brakowało jej w doktorze Skawinskim. Tego brakowało jej w ludziach, jakich kiedykolwiek znała. Najbardziej pożądana przez nią cecha – umiejętność zrozumienia, bez zbędnych pytań.
- Oczywiście, moja droga. Na twoim miejscu już zbierałbym siły na kolejne odwiedziny. Kto wie, co jeszcze tam znajdziesz? – Na samą myśl poczuła strach. Gdy weszła pierwszy raz, nie skończyło się to dla niej dobrze, a co dopiero gdy zrobi to po raz kolejny, i kolejny, i kolejny...
- To mi pomoże?
- Powinno.
Kiwnęła głową. Dante znowu był tym samym Dantem, który milczał wraz z nią, pozwalając by i ona milczała. Nie był złośliwy, nie gardził nią i nie kpił z niej. Tak mogłoby już zostać na zawsze. Ona i demon w szpitalnej sali, bez większego sensu wpatrujący się w kamerę. Wiedziała jednak, że to będzie musiało minąć, gdy tylko pozna prawdę. „Ale kiedy to będzie? Za tydzień, dwa? Miesiąc? Rok?” Ta perspektywa ją przerażała. Tyle czasu w tym paskudnym, dziwnym miejscu! Z drugiej strony zaś cieszyła się, że będzie mogła odkładać w czasie przypomnienie sobie o tym, o czym zapomniała. I samo trwanie z Czwartym, w milczeniu, było kuszące. Wolała to o wiele bardziej od rozkrzyczanych korytarzy, chodników i telewizji wypełnionej śmiechami sztucznych ludzi, szczęśliwszych i lepszych od niej. Tu mogła spokojnie być cicha i ponura, nie osądzana jednocześnie o bycie nudną.
Poruszyła odrętwiałą nogą. I nagle jej myśli skupiły się na czymś innym. Spojrzała na białą podłogę, a potem ponownie na kształt pod kołdrą, który był jej kończynami. Ta myśl, choć głupia i nic nie znacząca, wprawiła ją w zastanowienie.
- Ani razu nie schodziłam z łóżka – szepnęła bardziej do siebie niż do Dantego.
- Słucham? – spytał demon, pierwszy raz po przebudzeniu nie pojmując czegoś z jej słów. Przez chwilę w jej umyśle zapalił się czerwony wykrzyknik, jakby chcąc krzyknąć do niej, że coś jest nie tak, że demon nigdy nie zadawał takich pytań, że zawsze wiedział, o co chodzi, ale ona go zignorowała.
- Nie dotknęłam podłogi. – Przeniosła spojrzenie na niego, jakby czekając, na jakąś reakcję. On jednak przyglądał się jej z tym samym otępieniem, co wcześniej. „Nic to dla niego z pewnością nie znaczy, zresztą, to bezsenoswne. Dlaczego miałabym się nad tym zastanawiać? To nie pomoże mi sobie czegoś przypomnieć”. Przez chwilę miała ogromną ochotę odczepić od siebie te plastikowe rurki i oprzeć stopy o zimną podłogę, poczuć ją pod sobą.
- Kto nie dotknął ziemi ni razu – zaczął Dante swoim automatycznym głosem, wpatrując się bez zainteresowania w białą posadzkę. - Ten nigdy nie może być w niebie.
Chociaż Olga doskonale wiedziała, że wygrzebał ten cytat z jej umysłu, to poczuła dziwne ukłucie w sercu, które z pewnością mogło być strachem. Przełknęła z trudem ślinę i tak samo jak demon zapatrzyła się w podłogę, trawiąc jeszcze jego słowa.


- - - - - - - - - - -
Cytat pierwszy - Friedrich Nietzsche, cytat drugi - Adam Mickiewicz ("Dziady").

7


Od bardzo dawna nie czuła się tak ważna jak teraz.
Zawsze tylko obojętne spojrzenia, mdłe odpowiedzi i mętny głos. Nudziła ich, była osobą, która nie zasługiwała na większe zainteresowanie. Jak się odezwie – no trudno, chamem być nie wolno, odpowiedzieć trzeba, ale jak siedzi cicho, to niech sobie siedzi, my – ludzie rozrywkowi i lubiani mamy to w dupie. Tak wyglądały jej dni w szkole. Tylko w szkole. Poza nią nie miała życia. Otulając się ciepłem herbaty siadała przy biurku i wchodziła w lepszy świat – pełen ludzi i wydarzeń, które fascynowały ją, wzbudzając jednocześnie zazdrość. Zdarzało się, że przerzucając kolejne kartki płakała. To nie było smutne ani ckliwe. To było po prostu żałosne i ona doskonale o tym wiedziała. Mimo to, nie próbowała tego zmienić. Zmiany? Nie, to zbyt drastyczna metoda, zbyt wymagająca. Olga wolała iść na prościznę. I zadręczać się dalej.
Teraz jednak wszystko wyglądało inaczej. To do niej przyszedł Stigle, chociaż był tylko jego marną podróbką. On chciał rozmawiać z nią, z nikim innym. Zabiegał o jej uwagę. Starał się zdobyć jej zainteresowanie. Była ważna! Ktoś jej potrzebował!
Poczuła wypełniające jej płuca wzruszenie. To było piękne uczucie. Towarzyszyło jej jedynie podczas wchodzenia w światy z książek czy ekranu telewizora. Teraz jednak było prawdziwe, czyste, naturalne. Jej własne, osobiste wzruszenie.
Uśmiechnęła się, nawet nad tym nie panując. Siedziała na szpitalnym łóżku, z drętwiejącymi nogami i wpatrywała się w nieskalaną żadną wadą twarz Stigle’a. I uśmiechała się. Nieważne, że wyglądała dziwnie. Nieważne, że uśmiech mógł oznaczać jej słabość. Nieważne... To była jej chwila, na którą tak dawno czekała.
- Jesteś gotowa? – spytał swoim niskim głosem, przepełnionym spokojem. Jego zielone tęczówki wpatrywały się w nią, a ona podziwiała ich intensywność. Kiwnęła głową, nie mogąc zdobyć się na nic innego. To go nie zadowoliło. Zmarszczył czoło, co nadało jego pozornie niewinnemu obliczu groźny wyraz. Nawet nie zauważyła kiedy złapał ją za materiał koszuli i przyciągnął bliżej siebie. To wyrwało ją z otępienia, a w jej szeroko otwartych oczach ostrymi konturami rysował się strach.
- Masz do mnie mówić – powiedział akcentując dobitnie każdy wyraz, a ona poczuła na twarzy jego dziwnie chłodny oddech, który pachniał... „Nie, nie pachniał, to tylko złudzenie”. Oddech Stigle’a początkowo miał słodki i mdły zapach niczym damskie perfumy, jednak była to tylko kiepska maska - pod nią kryło się coś bardziej obrzydliwego i przesyconego zgnilizną, o czym Olga nawet nie chciała myśleć.
- Dobrze – wyszeptała zlękniona, czując ból w plecach nie znajdujących w niczym oparcia. Stigle ciagle przytrzymywał ją za materiał koszuli, mocno zaciskając dłoń. „Jest tak blisko” myślała schodząc w rejon niebezpiecznych myśli, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Ze zgubnego zachwytu, któremu nie przeszkadzał nawet oddech naznaczony nieznanym odorem („Nie myśl o tym!”) wyrwał ją jego śmiech. On naprawdę się śmiał – ciągle ją trzymając, mrużył oczy, śmiejąc się szczerze, a na tle różowego podniebienia rysowały się drobne, spiczaste zęby. Śmiech mężczyzny był nieprzyjemny i odpychający. Olga przypatrywała się temu ze zdziwieniem, przechodzącym płynnie w obrzydzenie. Spróbowała zrozumieć. Z marnym skutkiem.
Po kilku minutach uspokoił się. Spojrzał na nią z resztkami uśmiechu na twarzy, po czym spoważniał i przyciągnął ją bliżej siebie. Bardzo blisko. Serce Olgi zaczęło bić mocniej. Już kompletnie zapomniała o drętwiejących nogach.
Stigle patrzył na nią jakoś dziwnie. Nie mogła odróżnić czy jest to czułość, czy może zwykła pobłażliwość. Nie, to nie stanowiło dla niej większej różnicy. Liczyło się to, że jest tak blisko. I patrzy na nią, dotyka jej...
Rozchylił lekko wargi, podnosząc jeden kącik ust do góry, lustrując ją przy tym wzrokiem – poczynając od twarzy, na klatce piersiowej kończąc. Olga miała wrażenie, że jej serce lada moment wyrwie się z jej ciała. Spojrzenie Stigle’a wróciło do jej oczu, zagłębiając się w nich. Wolną dłonią uniósł jej brodę, przekręcając głowę dziewczyny w dowolne strony, jakby uważnie się jej przyglądał. Olga nie stawiała oporu. Gdyby ją puścił, pewnie opadłaby bezwładnie na łóżko, zbyt oszołomiona tym zbliżeniem. Jego skóra była nieprzyjemnie chłodna, co powoli przestawało jej się podobać, podobnie jak maskowany słodyczą zgniły oddech.
- Więc tego chcesz? – wyszeptał, puszczając brodę dziewczyny. Wpatrywała się w niego z oczekiwaniem. Uczucie wyjątkowości jeszcze jej nie opuściło. On tymczasem, wciąż się pochylając i trzymając ją za rękaw, odgarnął kosmyk jej włosów za ucho, odprowadzając go wzrokiem. Olga zadrżała. Czy już się rumieniła czy to dopiero przed nią? „Nieważne” wciąż to powtarzała, chcąc przeciągnąć tą chwilę jak najdłużej, najlepiej aż po wieczność.
- Tego pragnęłaś, prawda? – spytał ponownie, cichym głosem, w którym brzmiała żądza. „Sztuczna” przemknęła jej cicha myśl, jednak szybko się jej pozbyła.
- Tak – szepnęła słabym głosem, wciąż czekając i walcząc z nasilającym się obrzydzeniem.
Stigle ciągle się uśmiechał i wpatrywał w nią tym dziwnym wzrokiem, którego tak pragnęła i potrzebowała. Zbliżył się jeszcze bardziej, a smród zgnilizny wypełnił jej nozdrza. „Nie myśl o tym!” usilnie próbowała stłumić swoje zmysły, skupiając się tylko na własnym pragnieniu.
Kiedy był tak blisko, że spokojnie mogła złożyć na jego wąskich ustach pocałunek i tym samym spotęgować swoje szczęście, dostrzegła jak jego wargi układają się w paskudny uśmiech, równający się ohydą z wijącym się, tłustym robactwem. Stigle nagle odsunął się od niej, jednocześnie puszczając ją.
Olga opadła, niczym zwykłe zwłoki, na szpitalne łóżko, czując wbijające się w jej ciało sprężyny i ciągle mając przed oczami jego uśmiech, niczym wyrwany z koszmarów. Kiedy już obolała usiadła, on stał tam gdzie poprzednio, jednak nie pochylał się w jej stronę. Stał wyprostowany i dumny, a jego twarz nie była twarzą Stigle’a – jedynie jego marną, tandetną podróbką. Zwykłą maską pod którą kryło się gnijące robactwo.
Potwór wciąż się uśmiechał.
- Wybacz, lecz ja nie spełniam pragnień – powiedział tym piekielnie spokojnym głosem, po czym rzucił jej pełne pogardy spojrzenie. Olga poczuła rozrywający ból, który był następstwem rozdeptanej nadziei. Okropnie ją spodlono, zabawiając się jej uczuciami, marzeniami, pragnieniami... „Byłam zbyt naiwna” myślała z goryczą, studiując tą okropną twarz na przeciwko niej. Jak mogła się tak pomylić? Jak mogła dać się uwieść potworowi w masce jej anioła?
- Jesteś po prostu głupia – usłyszała w odpowiedzi z ust tego, którego sobie wymarzyła. Dopiero teraz, czując zbliżające się mdłości, ponownie poczuła strach. Kim było to coś, z którym rozmawiała? To nie mógł być człowiek, to było zbyt oczywiste. Czuła w nim zło, które boleśnie ją kuło i drażniło zmysły. Więc kim był ten stwór? „Kim jesteś?” spytała w myślach, dobrze wiedząc, że usłyszy.
On zaśmiał się i groteskowo dygnął, mówiąc:
- Mów mi Dante, o moja niedoszła kochanko, którą uwiodły wdzięki demona.
Po czym spojrzał na nią, a ona mogła dostrzec w jego zgniłozielonych oczach swój własny, paniczny strach.

12

Doktor wydawał jej się stary i ponury. Prawie że białe włosy, przerzedzone na czubku głowy, zaczesywał za kluchowate uszy. Obwisła skóra na policzkach i żuchwie oraz kartoflowaty nos nadawały mu rozlazły wygląd, którego nie powstydziłby się uliczny pijak. Jedynie otoczone siateczką zmarszczek oczy o szarych tęczówkach wydawały się bystre i przytomne. Mężczyzna nie uśmiechał się, co dodatkowo ochładzało jego wyraz twarzy. Olga zdała sobie sprawę, że nie polubi tego człowieka.
Stanął obok jej łóżka, spoglądając na maszynerię i liczne kroplówki, jakby sprawdzając, czy wszystko dobrze działa. Za nim kryła się Daria, jakby chcąc schować się za jego obszernymi plecami. Nerwowo skubała rąbek fartucha.
- Witaj, Olgo – przemówił ochrypłym głosem doktor, posyłając jej zimne spojrzenie. – Kojarzysz mnie?
Próbowała sobie przypomnieć, czy gdzieś widziała już tą twarz, jednak napotykała tylko ciemną pustkę. Pokręciła przecząco głową, czując się jak w transie. Mężczyzna wymienił spojrzenie ze Sławkiem, jednak Olga nie zrozumiała o co im chodzi.
- No tak... – powiedział tylko, po czym odchrząknął paskudnie. - Jestem twoim lekarzem wiodącym, nazywam się Skawinski. Zajmuję się tobą odkąd tylko znalazłaś się tutaj.
Patrzył na nią, jakby czekał na jakąś reakcję z jej strony. „Znowu to samo, co z Dantem” pomyślała rozgoryczona. Samo wspomnienie tamtego poniżenia wywoływało w niej smutne emocje. Odgarnęła kosmyk włosów, który opadł na jej czoło i mocniej przycisnęła do siebie kołdrę.
- Miło mi – szepnęła słabym głosem, czując, że w tym spotkaniu nie będzie niczego miłego. Chociaż miało także swoje zalety – w końcu może pozna odpowiedzi na te wszystkie pytania, które dręczyły je przez poprzednie dni. Nareszcie zaspokoi głód informacji i nie będzie musiała wysłuchiwać ględzenia Dantego. Ci ludzie od tego tutaj przecież są – w końcu pokwapili się i przyszli do niej wszystko jej wyjaśnić. Potem może przyjdzie mama i będzie dobrze. Nareszcie będzie dobrze. Taką przynajmniej miała nadzieję. Uśmiechnęła się w duchu, gotowa na zadawanie pytań, chociaż kompletnie zaschło jej w gardle. „Niech doktorek powie, co ma powiedzieć, a dopiero później zasypię go pytaniami”.
Mężczyzna usiadł na krześle, o które opierał się Sławek. Chłopak szybko zabrał dłonie, ratując je przed zgniecieniem między ciężkimi plecami, a oparciem.
- Możecie nas zostawić samych – powiedział lekarz swoim szorstkim głosem, nie oglądając się nawet na pielęgniarzy. – Dario, powiedz Sarze, żeby wzmocniła leki.
Kobieta kiwnęła głową, nie zdając sobie sprawy, że Skawinski nie widzi tego gestu, siedząc do niej plecami. Jeszcze raz obrzuciła ją przerażonym spojrzeniem i pospiesznie wyszła z sali. Za nią podążył Sławek, który jednak był wystarczająco speszony wybuchem swojego strachu i nie miał odwagi unieść wzroku, który wlepił w posadzkę. Gdy tylko wyszedł z pomieszczenia, zamknął za sobą mosiężne drzwi. Olga poczuła się nieswojo, jak w zamkniętej klatce.
Mężczyzna nawet nie silił się na uśmiech. Była już pewna, że z jego strony nie usłyszy słów pocieszenia. Zresztą, po co jej pocieszenie? Jedyne czego chciała, to poznać w końcu odpowiedzi. Nawet jeżeli miały być wypowiedziane ponurym, pochmurnym głosem. Była na to gotowa. Czekała cierpliwie.
- Nie spodziewaliśmy się, że tak szybko się obudzisz. Zazwyczaj udaje nam się zdążyć z umyciem ciebie i przebraniem – mówił, patrząc jej prosto w oczy. On jedyny nie wykazywał żadnych oznak strachu, a jeżeli nawet, to doskonale go ukrywał.
Wykrzywiła twarz w grymasie niezrozumienia. To powoli zaczynało ją drażnić. Wszystko było zbyt skomplikowane. Ciągle gubiła się i błądziła, a nikt nie pomagał jej znaleźć odpowiedniej drogi. „Zazwyczaj? Co to ma znaczyć? Przecież nie przypominam sobie, by ktoś do mnie przychodził. Oprócz Dantego, oczywiście”. Nie dawała jej spokoju także inna rzecz, a mianowicie spojrzenie jakie wymienili miedzy sobą doktor i jej opiekun. Coś tutaj było bardzo nie tak.
- Gdzie moja mama? – spytała, przezwyciężając ból. Przymrużyła powieki, by powstrzymać zbierające się w kącikach oczu łzy. Mężczyzna jednak nie odpowiedział, jakby to pytanie w ogóle nie miało miejsca w ich rozmowie.
- Myśleliśmy, że dawka jest wystarczająco duża, by móc wyrobić się w czasie. Będziemy musieli ją jednak chyba zwiększyć, ale bez obaw, wkrótce twój organizm się do tego przyzwyczai. Potem zresztą takie drastyczne środki nie będą potrzebne, prawda? To wszystko zależy od ciebie. – W jego spojrzeniu coś się zmieniło. Stało się ono bardziej ostre, a także groźne. Nie czuła się komfortowo, kiedy tak na nią patrzył.
Rozważała jego słowa w milczeniu, słysząc brzęczenie aparatury, od której odbijały się promienie słońca wpadające przez okratowane okno. „Nie będą potrzebne? A niby co się zmieni? Nagle okazuje się, że wszystko zależy ode mnie... Co mam sobie przypomnieć?! Kurwa, wcale mi nie pomagacie”.
- Gdy już będziesz w stanie normalnie funkcjonować i panować nad swoimi... nieprzemyślanymi odruchami... – ostrożnie wypowiedział te słowa. – ...to przeniesiemy ciebie do innego ośrodka, z pewnością bardziej komfortowego i przyjemnego niż ten tutaj.
Rozejrzała się po sali, do której zdążyła się już przyzwyczaić. Białe ściany, biały sufit, biała posadzka. Wszystko białe. I ta paskudna, malowana na biało krata w oknie o brudnych szybach. Mosiężne drzwi, od których bił chłód, proste łóżko z białą pościelą oraz kamera wetknięta w róg. To wszystko wydawało jej się czymś oswojonym, jej własnym azylem, choć przecież obcym. To nie był jej dom. Mimo to, z dnia na dzień czuła się tutaj coraz bardziej bezpieczna. Świadomość, że będzie musiała opuścić to miejsce i od nowa oswajać się gdzie indziej, w nowym miejscu, tylko pogarszała jej i tak złe samopoczucie.
- Nieprzemyślane odruchy? – spytała słabo, nie mogąc pojąć, o czym mówi Skawinski. Mężczyzna ponownie westchnął, jakby po raz kolejny tłumaczył coś niepojmującemu dziecku. „Zaczynasz mnie wkurzać, kolego” pomyślała, zaciskając mocniej palce na materiale kołdry.
- Nie radzisz sobie z opanowaniem emocji – zaczął spokojnym tonem. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Kto jak kto, ale ona? Zawsze miała siebie za oazę spokoju. Czasami zdarzały jej się jakieś wybuchy, owszem, na przykład taki jak ostatnio z Dantem, ale to rzadko kiedy. Zresztą, skąd on o tym mógł wiedzieć? Czyżby widział Czwartego? Ta myśl przeraziła ją. Nie chciała, by ktokolwiek wiedział o ich spotkaniach, chociaż było to dosyć dziwne uczucie, którego nawet nie próbowała pojąć. Po prostu nie chciała i już.
- Jesteś wybuchowa, agresywna – kontynuował dalej. Olga mogła tylko przysłuchiwać się temu z otępieniem balansującym na granicy rozbawienia. „Ja agresywna? Chyba coś się tobie pojebało, doktorku. Powariowaliście. Wszyscy”. – Ciężko jest nam nad tobą zapanować. Kojarzysz Sarę?
„Tak, może jeszcze sypnij mi dziesiątką innych imion? Może w końcu trafisz na jakieś, które znam?”. Pokręciła przecząco głową, zirytowana. Mężczyzny to nie zadowoliło. Zmarszczył swoje siwe brwi, przybierając tym samym srogi i zarazem zamyślony wygląd.
- Będzie trzeba coś z tym zrobić... – zaczął z zamyśleniem, lecz szybko zmienił temat, nie dając jej nawet możliwości do zadania pytania. – Sara rozdaje leki. To niska szatynka, dosyć młoda. Ostatnio, gdy przyszła zmienić twoją kroplówkę, podrapałaś ją po twarzy.
„To niemożliwe”. Olga z niedowierzaniem wpatrywała się w nieprzyjazną twarz lekarza. Trudno jej było w to wszystko uwierzyć. Niczego z tego, co mówił, nie pamiętała. Chociaż próbowała sobie przypomnieć, nic to nie dawało, w jej głowie ciągle była pustka. To tylko bardziej ją denerwowało. Ta ciągła bezsilność wobec słabego umysłu, z którego nie było żadnego pożytku. Mogła tylko polegać na tym, co mówią jej inni. Jedyne, co pamiętała, to rozmowy z Dantem i nieliczne przebudzenia. Nie mogła za to przywołać w pamięci obrazu Sary. Nie, nie pamiętała tego. Była pewna, że nikt do niej nie przychodził. Nikt, oprócz Dantego.
Spojrzała w szare oczy Skawinskiego. Dopiero teraz dostrzegła w nich coś jeszcze oprócz opanowania i surowości. I to nie był niestety strach. Mężczyzna patrzył się na nią z odrazą oraz pogardą. Poczuła się przy nim nieprzyjemnie, jakby miała na sumieniu jakąś większą zbrodnię, a przecież nic takiego nie zrobiła! Przypomnij sobie coś, o czym zapomniałaś – powiedział jej Dante. „Gdyby to tylko było prostsze!”.
- Nie zrobiłam tego – zaprzeczyła z pewnością siebie. Nawet nie zadrżał jej głos. To oczywiste, że tego nie zrobiła. Po co miałaby atakować tą kobietę? Więc dlaczego, skoro mówiła prawdę, czuła się tak, jakby kłamała?
- Olgo – westchnął doktor. – Uwierz mi, że to zrobiłaś. Po co miałbym kłamać? Nie widzę w tym sensu. Jeżeli jednak nie ufasz mi, mogę zawołać Sarę, żebyś na własne oczy zobaczyła ślady po zadrapaniach.
Czekał, aż mu odpowie. Z jego oczu wciąż nie znikała odraza. „Przestań się tak patrzeć! Nic nie zrobiłam, głupcze! Nic!”. Poczuła mokrą strużkę spływajacą po jej zaciśniętej pięści.
- Chcesz tego? – spytał, mrużąc te swoje pełne pogardy oczy w kolorze brudnego chodnika. – Chcesz, żebym przyprowadził Sarę?
„Ty pieprzony skurwysynie” myślała, z trudem opanowując krzyk wściekłości. On się z nią bawił. Droczył. Poniżał. Gardził nią, czuła to. Chciał, żeby okazała złość, by mógł postawić na swoim. Po prostu to czuła. Zacisnęła mocniej palce, ignorując ból.
- Nie zrobiłam tego – powtórzyła z uporem przez zaciśnięte zęby. Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w nią bez słowa. Tym razem nie westchnął. Po prostu przyglądał jej się, jakby była ciekawym zjawiskiem.
- Olgo, wielu rzeczy nie pamiętasz – „Z tym się akurat zgodzę, staruszku” pomyślała z goryczą, będąc na granicy histerycznego płaczu. „Z tym jednym się zgodzę. Ale muszę sobie coś przypomnieć. Dante tak powiedział. Muszę sobie przypomnieć...”.
- Kiedy tylko twoja sytuacja będzie już stabilna, wszystko się zmieni – zapewnił. Jednak jej nie interesowały żadne zmiany. Chciała się dowiedzieć. Poznać prawdę. Usłyszeć odpowiedzi na dręczące ją pytania. On miał być jej nadzieją, ratunkiem. Miał być kimś, kto zabierze od niej ten ciężar niepewności. „Pomóż mi przypomnieć sobie!” krzyknęła w głębi siebie.
Wiedziała, że sporo drzwi w jej umyśle zatrzasnęło się z hukiem, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Czy gdzieś tam za nimi była podrapana kobieta imieniem Sara? A może coś jeszcze gorszego?

Dlaczego to zrobiła? Dlaczego?! To potwór! Ta dziewczyna to potwór!
Otworzyła szerzej oczy. „Czyj to był głos? Czyj głos?!” Nie widziała już lekarza, lecz ciemną pustkę. Przez chwilę słyszała krzyki, tak przeraźliwe i wyraźne. Jakaś cząstka niej rozkoszowała się tym krzykiem przepełnionym bólem, strachem i niedowierzaniem. „To ohydne” zemdliło ją. Jednak jej umysł postanowił uchylić drzwi. Te najgorsze.
Przypomnij sobie - rozbrzmiewał głos Dantego, który mieszał się z krzykami. „Kto krzyczy? Kurwa, czyj to krzyk?!” czuła strach dorównujący temu komuś, którego wołanie słyszała w głowie. Wchodziła głębiej w czeluści swojego umysłu, wprost do ciemnego pokoju. „Nie, nie chcę! Nie mogę!”. Próbowała wyrwać się, uciec, jednak coś kazało jej zostać i odkryć tą prawdę.
Musisz sobie przypomnieć coś, o czym zapomniałaś.
Nie chciała tego, tak bardzo nie chciała! Bolesny krzyk wypełniał jej głowę. „Jest taki wyraźny. Taki prawdziwy”. Zacisnęła mocniej palce śliskie od czegoś.
Widzisz, co narobiłaś?! Widzisz?! Ty przeklęty potworze!
„Nie, przestańcie! Proszę! Ja nic nie zrobiłam!”
Krzyk nie ucichł, lecz przybrał na sile. W tle mieszały się czyjeś głosy, pełne pogardy i obrzydzenia, tak straszliwie nieprzychylne i groźne, ociekające wręcz gniewem. Wszystko razem tworzyło chaos, czysty obłęd, z którego nie potrafiła uciec, szukając po omacku wyjścia z tego ciemnego pokoju.
(-Olgo, wszystko w porządku?)
Nie mogła jednak ich znaleźć. A ktoś ciągle krzyczał. Ktoś inny szarpał ją za ramię.
(-Olgo?!)
Wyrywała się, czując jak coś wilgotnego spływa jej po policzku. „Ja nic nie zrobiłam!” krzyczała do tych wszystkich złowrogich głosów, które ją otaczały ciasnym kręgiem, jednak jakaś cząstka niej szeptała: „Aby na pewno?”. Próbowała uciec z tego obłędu, ale palcami natrafiała tylko na śliską ścianę, pokrytą czymś mokrym i lepkim.
Dlaczego to zrobiłaś?! – zawył czyjś znajomy głos, w którym słyszała cierpienie.
Całe jej ciało drżało. Chciała powiedzieć temu komuś, że nie wie. Nie ma pojęcia, dlaczego to zrobiła, czymkolwiek miałoby „to” być. Chciała przeprosić, błagać o litość i przebaczenie. Chciała w końcu uciec i zamknąć raz na zawsze te drzwi. Mogła jednak jedynie załkać, zawieszając spojrzenie w pustej ciemności. „Nie mogę, Dante, nie mogę. Jestem za słaba. Nie chcę sobie tego przypominać, nie chcę, proszę, nie chcę...”
(-Mów do mnie, Olgo...)
Ktoś znowu złapał ją za ramię, szarpnęła się, wiedząc, że ten ktoś ją obwinia. Czuła się winna. Nie wiedziała, co takiego zrobiła, ale zdawała sobie sprawę, że jest to coś ohydnego, okropnego.
- Potwór – szepnęła, czując na ustach gorzki smak tego słowa. Ciągle chodziła po ciemnym pokoju, za drzwiami, do których nie powinna wchodzić, w ciemnej stronie swojego umysłu. Szukając po omacku, natknęła się na coś innego niż gładkie ściany. Zanurzyła w tym dłoń, nie wiedząc, czym to jest. Krzyk wciąż rozbrzmiewał, a wraz z nim głosy, które splatały się ze sobą, tworząc chaotyczny bełkot. „Co to jest?!” myślała, czując w podświadomości strach. Wiedziała. Doskonale wiedziała. Wiedziała co to, zanim jeszcze weszła do pokoju. Szybko cofnęła dłoń i wybiegła z pokoju, w końcu znajdując drzwi. Krzyk niósł się za nią cały czas...

- Olgo! – mówił lekarz, próbując przebić się przez krzyk. „To ja krzyczę” uświadomiła sobie ze zgrozą. Mężczyzna trzymał ją za ramiona, szarpiąc mocno. Całe jej ciało drżało. Dłonie wciąż zaciskała na kołdrze, czując w nich pieczący ból. Po jej twarzy spływały łzy. „Nie chcę, ja już nie chcę. Mam dość”.
- Co to było?! – krzyknął Skawinski, wpatrując się w nią ze strachem. Pierwszy raz widziała strach w jego oczach. „Wy wiecie” próbowała się uspokoić, lecz jej ciałem ciągle wstrząsał histeryczny szloch. „Ja jeszcze nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć”.
- Włosy – szepnęła przez łzy, patrząc się w szare oczy lekarza. Przez jego twarz przeszło niezrozumienie.
- Jakie włosy? Olgo, o czym ty mówisz?
- Włosy – ponownie szepnęła, z naciskiem. „Jestem beznadziejna. Żałosna. Jestem nikim. Zawsze taka byłam. Jestem potworem.” – Zlepione krwią włosy. – Poczuła rozrywający ją od środka ból. Już sama nie umiała rozróżnić emocji, jakie nią targały. Dante kazał jej sobie przypomnieć, jednak to było zbyt trudne. Nie chciała wiedzieć, chociaż przecież zawsze wiedziała. Ukrywała to, oszukiwała samą siebie. „I tak powinno zostać. Nie chcę wiedzieć. Niech te drzwi już nigdy się nie otwierają”.
Skawinski przyglądał jej się z tym samym strachem, co wcześniej. I tym samym chłodem. Jednak gdzieś głęboko w jego oczach krył się smutek. Tak bolesny, jak jej własny. „Przypomnę sobie, prędzej czy później” myślała, uspokajając się. „Ale nie chcę. Tak bardzo nie chcę”.
- Kogo nazwałaś potworem? – spytał ochrypłym głosem. Nie odpowiedziała mu. Oczy miała już zupełnie suche, a łzy na policzkach schły. Wytarła grzbietem dłoni nos, po czym zdała sobie sprawę, że poraniła jej wewnętrzną stronę paznokciami. Na skórze widniały dosyć głębokie, krwawiące rany. Skawinski zerwał się z krzesła.
- Matko boska, Olga! – krzyknął, wpatrując się w jej dłonie z rosnącym niepokojem. Podbiegł do mosiężnych drzwi i uchylił je, wciąż nie spuszczając z niej wzroku.
- Potrzebna pielęgniarka do ósemki! – krzyczał do kogoś poza jej salą. – Szybko! Kazałem wam obciąć jej paznokcie, do kurwy nędzy!
„Czy to moimi ranami się martwisz, czy obawiasz się, że rozooram twoją twarz paznokciami?” myślała z otępieniem. Słyszała jakieś zamieszanie i głosy na korytarzu, ale nic jej to nie obchodziło. Obojętnie przyglądała się swoim pokrwawionym dłoniom oraz zabandażowanym nadgarstkom. To dziwne uczucie mijało, a ją ogarniała pustka. Nijaka, ponura pustka, która ją przerażała.
Nawet gdy przybiegły pielęgniarki, a Skawinski krzyczał coś do nich, ona wciąż siedziała w tej samej pozycji, jakby nikogo nie było w sali. „Włosy. Zlepione krwią włosy. To ich dotknęłam”. Nie czuła nic. Strachu, bólu, smutku. Przyszło szybko i równie szybko minęło, zostawiając obojętność i pustkę. „Jestem beznadziejna nawet w okazywaniu emocji. Potwór. Pieprzony potwór”.
Gdy kładli ją na łóżku, siłą podczepiając ją pod kroplówkę, roześmiała się histerycznie, sama nie wiedząc z czego się śmieje. Nie umiała się powstrzymać. Jej śmiech był ochrypły i nieprzyjemny. „Dante, kolego, słyszysz? Śmieję się jak ty! Zdemonizowałeś mnie”. Ta myśl jeszcze bardziej ją rozśmieszyła. Kuląc się na szpitalnym łóżku, otoczona przez ludzi w białych kitlach patrzących na nią ze strachem, Olga śmiała się jak obłąkana, mając jeszcze w pamięci dotyk włosów, zbyt wyraźny, by był tylko urojeniem. „Potwór” myślała, nie przestając, gdy pogrążała się w śnie pozbawionym snów.